|
|
Blog > Komentarze do wpisu
wyprawy
Podjelim męską decyzję i tydzien temu kupilim laptopa. Nie dlatego ze mi go ktos zakitral w czasie aftera [Brajan, tylko dlatego ze znowu nie moglem dodac komenta do Twoich notek nie napisalem Ci jak bardzo mi przykro, ze ten zjeb co Cie okradl byl z 3miasta...], po prostu stwierdzilem ze skonczyla sie epoka komputerów stacjonarnych. I klnę w zywy kamien ze mam u siebie Viste. Tak! otoz Vista mnie tez pewnie przeklina i dlatego nie moge jej oswoic!! Pewnie to kobieta a tych nigdy nie rozumialem. Generalnie - jesli ktos napisze poradnik Vista dla ciot, ten o ktorym pisal Brajan - ja poprosze dwa egzemplarze. Nie mam sily juz sie wku_wiac, walczyc z odblokowywaniem portow, odpalaniem naokolo programow, bo moj wlasny komputer twierdzi ze ja nie mam uprawnien zeby cos tam na nim zrobic - syf, ch_jnia z grzybnia i where the hell iz bezpieczne XP albo starusienkie Win98?! Coz... trzeba zyc z tym szokiem technologicznym, co wazy 2,5 kg, ma dwa rdzenie [dla mnie brzmi to wrecz zmyslowo...], i poblogoslawila go firma ACER. Nie przepadam za HP, bo mialem kiedys drukarke, co mi żarla i gryzla papier; od tamtego czasu nie mam litosci do niczego co ma inicjaly Harrego Pottera. Ale mialo byc o wyprawach. Ostatnio przypomniala mi sie ekspresowa wycieczka do Festung, jaką odbylem jakis czas temu. Pomysl chory, z gatunku tych spontanicznych, w stylu - to co - jutro po imprezie wsiadam w pociąg i hajda? Trzeba mi pogratulowac jednego - zgodnie z planem wyszedlem z imprezy o 21.00, zeby doczolgac sie na pociag na 21.40. To ze po drodze zgubilem portfel, ledwo dogadalem sie z taksowkarzem gdzie wlasciwie ma mnie zawiesc i zarzygałem dwa kible w pierwszej klasie to nic. Czlowiek nie uczy sie na wlasnych bledach, cudzych tez, nie ma tez absolutnego szacunku do rad, jakich chetnie udziela na prawo i lewo. Zoladek to nie San Fransisco - powiedzialem w ostatnim odruchu przytomnosci do kumpla, ktory zaserwowal sobie podwojnego u-boota. Dobrze, ze nie pomylilem torow na ktorych zaparkowaly dwa pociagi w przeciwnych kierunkach... Anyway - przystąpiłem do podrozy w pozycji horyzontalnej z szeroko otwartymi oczami [jak jestem wciety, gdy zamkne oczy wciaga mnie jakas ciemnosc i zaraz musze przepraszac Wielkie Ucho...], podroz trwajaca 7,5 godziny zeszla mi niezauwazalnie, a gdy meldowalem sie w Festung nawet jeszcze nie dnialo. Biegiem zakwaterowalem sie u kumpla, poszlismy spac switkiem, o 9.00 zadzwonil ktos pólprzytomny z aftera, czy ja na pewno dotarlem tam gdzie mialem, potem szybki lans na miescie, obiadzik "Pod papugami", meczyk w intro i... okazalo sie ze juz czas spac, bo z rana jakos pociag abratno nach Danzig. I to wszystko na jednym wdechu + 2 kace. Bolało mnie pod mostkiem przez nastepne 3 dni. Od tamtego czasu unikam wypraw prosto z imprezy na drugi koniec kraju. Próbuje po kawałku poukladac to co sie rozpeklo. Nazwac rzeczy po imieniu by wreszcie zyskaly swoja prawdziwą wartość. To jak instalowanie na nowo programów w tym smiesznym pudeleczku, ktore teraz lezy przede mna. Wiem juz jedno - zanim nie zamkniesz za sobą drzwi, nie masz co otwierac okna w przyszlosc. I zadne wyprawy na zewnatrz, do innych miast czy krajow w tym nie pomoga. poniedziałek, 26 listopada 2007, aleksandr0s
Komentarze
casperuno
2007/11/29 04:28:08
heh ja na moim laptopie mam jeszcze xp hehe wiec nie mialem przyjemnosci z pania vista. co do twojej podrozy to kurde nie zazdroszcze, ja chyba bym sie na taka nie zdecydowal. pozdrawiam
2007/12/03 00:22:33
ja na co dzień obcuję z panną vistą także wiem, co czujesz:) brrr! należy uzbroić się w cierpliwość...pozdrawiam, bądź dzielny;)
|