Minely ponad dwa lata jak pisze tego bloga - I i II czesc. Odwiedzali tu mnie rozni ludzie - z niektorymi udalo sie nawiazac dluzsze znajomosci, inni wpadli tu raz i juz sie nie pojawili. Ale maskarada musi trwac dalej wiec... do zobaczenia w innym czasie i innym miejscu. Alex na pewno gdzies jeszcze wyplynie. Ci co chca na pewno mnie znajda.
Do zobaczenia - no mercy no regret no apologies ;-P
Nie wolno miec skrupulow, tylko wtedy mozna sie dobrze bawic. Instytucja friendly fuck-ing zawsze mnie fascynowala, nie sadzilem ze moze to wygladac wlasnie tak jak mi sie ostatnio zdarzylo.
Wspolpracuje mniej lub bardziej z wieloma ludzmi. Zlecenia, klienci czy po prostu ludzie, dla ktorych cos robie kiedy nie spalam sie naukowo. Jakis czas temu poznalem tak Ernesta. Niby nic a jednak... okazalo sie ze mamy podobne zainteresowania, gust filmowy, pasje do sztuki i rewolucyjnych postaci. Kumpel jakiego dawno nie mialem. Nie musze dodawac kogo nosil na swojej ulubionej koszulce... ?
Ernesto jest w szczesliwym zwiazku, kilkuletnim, co jak na jego lubiezny charakter jest niebywale. Jednak kiedy kilka razy zdarzylo nam sie wyjsc na piwo okazalo sie ze cos ma w oczach co nie pozwala sie od niego oderwac. No i za ktoryms razem... Ernesto zaprosil mnie do swojego mieszkania, ktore dzieli ze swoim partnerem. Mieszkanko male, ale ich wlasne, wiec zyja te kroliczki troche sobie na glowie, ale podobno szczesliwie. Imprezka byla skromna, jakies filmy, jakies drinki, tyle ze po ktoryms drinku, kiedy na chwile w lazience zniknal partner Erniego rzucilismy sie na siebie. Zbadalismy sobie migdalki, sprawdzilismy stopien przygotowania do akcji... i odskok coby nie dac sie zlapac. I tak kilka razy. Potem maly wypad do sklepu po alkohol, potem znowu picie, potem ostre kotlowanie na klatce... zesz nas nikt nie zlapal!! Uuuuch! Wciaz nie tylko serce mi drzy jak sobie to przypomne... ale pozniej sie okazalo, ze Ernesto to tylko taki kozak na pokaz... W rzeczywistosci strasznie zakochany w kims z kim nie moze byc... ale chce i bedzie walczyc. Jak prawdziwy rewolucjonista - o sprawy niemozliwe. Trzymam za niego kciuki. Namowilem go [o zgrozo, sam sobie nie moge tego wybaczyc] zeby sobie wyprostowal zycie, zeby nie rozmienial sie na drobne i staral sie byc taki, jakim chcialby byc, a wciaz mu to nie wychodzi. Musialo mi tego wieczora pasc na mozg. Ale tez - od tamtego wieczora wiecej juz sie nie spotkalismy. Moze to i lepiej.
Mam kumpla, Willa, okropnego brytofila, zafascynowanego kultura Wysp Brytyjskich i gdyby nie to ze Angole i ich wasale maja podle zarcie pewnie by sie juz tam przeprowadzil. Wczoraj pomiedzy jednym piwem a drugim wyklocalismy sie na temat akcentow i predyspozycji umyslowych Anglosasow. Jako ze pora byla pozna, poziom dyskusji nie byl zbyt akademicki...
W: Co spotykam jakiegos Angola to debil jakich malo... [breeeeeb...] A: Widzisz... ksenofobia, chow wsobny, szkoly ze spankingiem i afirmacją pedalstwa, zadnej porzadnej inwazji od XI wieku... [brreeeb.....] W: Afirmacja pedalstwa? Chodzi ci o te cioty z Eton? Prosze cie... wiekszych homofobów w zyciu nie widzialem... A: A popatrz na rodzine krolewska - Krolowa jeszcze ujdzie w tloku, ale Karol?! W: przeciez mieli niedawno doplyw swiezej krwi, gdy polączyli sie z dynastią hanowerska... A: Niedawno?! Toż to bylo w XVIII wieku! [brrrrrrb...] W: No mówie ze niedawno... [jyyyp!]
Wieczór zakończyl się śpiewaniem na bacznosc [choc to spore naduzycie...] "God save the Queen " i wznoszeniu okrzykow ku czci Manchester Utd. Plebejska deprawacja zawsze mnie pociagala...;-)
na imie ma Vesper albo Angelika jest piekna albo piekny jak noc ulotny jak Marzenie i dostojna jak Krolowa
mam jasno sprecyzowane marzenie o kobiecie; moze miec twarz Monici albo Evy, Isabelle albo innej mrozacej krew w zylach i zmarmurzającej mi język i spojrzenie, w dziwny sposob fascynuja mnie kobiety, jakos nie potrafie sie oprzec patrzeniu na nie, niekoniecznie sluchaniu ich, ale patrzenie na nie, jak sie poruszaja jak spogladaja jak...
Vesper, na imie Ci Vesper albo Primavera, masz czarne albo rude wlosy, wylaniasz sie z piany albo po prostu ociekasz woda... dlugie nogi ginace w ziemi i polyskliwa skora... to zjawisko, nie obiekt pozadania w sensie cielesnym, to jak pierwotna sila, moze wlasnie nie kobieta, ale sama natura, ktora potrafi rodzic... to jedna ze spraw ktorych chyba nie dotkne - cudu plodzenia i narodzin, tego cudu ktory jest mozliwy w pelni przy udziale ognia i wody w czasie alchemicznych zaslubin; czasem za tym tesknie, ale czesciej sa to deliryczne sny niz rzeczywiste pragnienie bycia ojcem; jednak niezmiennie - bede Ci patrzec w oczy, o zimna Vesper, grzeszna Evo, Krolowo Niebieska obleczona w slonce a ksiezyc pod twymi stopami; mam czysto pierwotne pragnienie bogini, a.... moze znowu idzie na now
Skoro nie bedziesz wchodzic do siebie, to moze zajrzysz do mnie?
Wiem ze boli ze nie nie ok, ze w ogole do dupy z usmiechami. Ale wiem tez ze cos sie konczy i cos sie zaczyna. Mikey, do cholery, jak teraz bedzie bez Twoich wpisow, opowiesci, muzyki? Hmmm? Mam sobie zainstalowac to cholerne GG zeby Cie lapac? To paranoja, chce czytac Twoje wypociny ukladane w zdania a nie w skroty myslowe "cze pozdro C U brb" <--- no rzygam tym dlatego bojkotuje GG. Mikey, wracaj. Wiem ze wrocisz ze nie wytrzymasz bez znajomych ktorych tu zyskales bo dawalo Ci to poczucie wspolnoty chocby tylko wirtualnej, ale tez na zywo. Boli zasypia umiera wyjezdza zostawia nie ma. Wiem to. Ty tez to wiesz. Masz o cale 10 lat mniej ode mnie ale jestes bardziej dojrzaly od wielu gosci w moim wieku. Ode mnie tez. I wiem ze...
Podjelim męską decyzję i tydzien temu kupilim laptopa. Nie dlatego ze mi go ktos zakitral w czasie aftera [Brajan, tylko dlatego ze znowu nie moglem dodac komenta do Twoich notek nie napisalem Ci jak bardzo mi przykro, ze ten zjeb co Cie okradl byl z 3miasta...], po prostu stwierdzilem ze skonczyla sie epoka komputerów stacjonarnych. I klnę w zywy kamien ze mam u siebie Viste. Tak! otoz Vista mnie tez pewnie przeklina i dlatego nie moge jej oswoic!! Pewnie to kobieta a tych nigdy nie rozumialem. Generalnie - jesli ktos napisze poradnik Vista dla ciot, ten o ktorym pisal Brajan - ja poprosze dwa egzemplarze. Nie mam sily juz sie wku_wiac, walczyc z odblokowywaniem portow, odpalaniem naokolo programow, bo moj wlasny komputer twierdzi ze ja nie mam uprawnien zeby cos tam na nim zrobic - syf, ch_jnia z grzybnia i where the hell iz bezpieczne XP albo starusienkie Win98?! Coz... trzeba zyc z tym szokiem technologicznym, co wazy 2,5 kg, ma dwa rdzenie [dla mnie brzmi to wrecz zmyslowo...], i poblogoslawila go firma ACER. Nie przepadam za HP, bo mialem kiedys drukarke, co mi żarla i gryzla papier; od tamtego czasu nie mam litosci do niczego co ma inicjaly Harrego Pottera.
Ale mialo byc o wyprawach. Ostatnio przypomniala mi sie ekspresowa wycieczka do Festung, jaką odbylem jakis czas temu. Pomysl chory, z gatunku tych spontanicznych, w stylu - to co - jutro po imprezie wsiadam w pociąg i hajda? Trzeba mi pogratulowac jednego - zgodnie z planem wyszedlem z imprezy o 21.00, zeby doczolgac sie na pociag na 21.40. To ze po drodze zgubilem portfel, ledwo dogadalem sie z taksowkarzem gdzie wlasciwie ma mnie zawiesc i zarzygałem dwa kible w pierwszej klasie to nic. Czlowiek nie uczy sie na wlasnych bledach, cudzych tez, nie ma tez absolutnego szacunku do rad, jakich chetnie udziela na prawo i lewo. Zoladek to nie San Fransisco - powiedzialem w ostatnim odruchu przytomnosci do kumpla, ktory zaserwowal sobie podwojnego u-boota. Dobrze, ze nie pomylilem torow na ktorych zaparkowaly dwa pociagi w przeciwnych kierunkach... Anyway - przystąpiłem do podrozy w pozycji horyzontalnej z szeroko otwartymi oczami [jak jestem wciety, gdy zamkne oczy wciaga mnie jakas ciemnosc i zaraz musze przepraszac Wielkie Ucho...], podroz trwajaca 7,5 godziny zeszla mi niezauwazalnie, a gdy meldowalem sie w Festung nawet jeszcze nie dnialo. Biegiem zakwaterowalem sie u kumpla, poszlismy spac switkiem, o 9.00 zadzwonil ktos pólprzytomny z aftera, czy ja na pewno dotarlem tam gdzie mialem, potem szybki lans na miescie, obiadzik "Pod papugami", meczyk w intro i... okazalo sie ze juz czas spac, bo z rana jakos pociag abratno nach Danzig. I to wszystko na jednym wdechu + 2 kace. Bolało mnie pod mostkiem przez nastepne 3 dni. Od tamtego czasu unikam wypraw prosto z imprezy na drugi koniec kraju.
Próbuje po kawałku poukladac to co sie rozpeklo. Nazwac rzeczy po imieniu by wreszcie zyskaly swoja prawdziwą wartość. To jak instalowanie na nowo programów w tym smiesznym pudeleczku, ktore teraz lezy przede mna. Wiem juz jedno - zanim nie zamkniesz za sobą drzwi, nie masz co otwierac okna w przyszlosc. I zadne wyprawy na zewnatrz, do innych miast czy krajow w tym nie pomoga.
Mimo że jeżdżę dosyć duzo - i po świecie i po Polsce, to nie nazwałbym się kosmopolitą. Raczej włóczykijem który ma probem z definiowaniem swojego domu, a kosmopolita - tak mi sie wydaje - ten dom moze miec wszedzie. Ja wszedzie jestem w gosciach. Tak jak w Grenadzie gdzie czułem się najlepiej w swoim zyciu czy na cichej wsi niedaleko Dobrzynia nad Wisłą. Dzięki podróżom przezywam wszystko co jest charakterystyczne i egzotyczne, to co nas przede wszystkim różni, bo podobieństwa interesują mnie tylko na płaszczyźnie antropologiczniej. Bardziej fascynuje mnie kult głowy współny dla Bliskiego wschodu i Celtów niż pokrewna skłoność do alkoholu u Polaków i Ajriszów. The point is - świat się skurczył. Dzieki netowi, tanim liniom lotniczym, komórkom i tv. Otwarcie granic, wspólnoty europejskie, amerykańskie południowo i polnocno atlantyckie - wszystko to ma zbliżać ludzi do siebie, ulatwiać im kontakt, a co za tym idzie - mimo ze chyba to nie było zamierzone - unifikowac upodabniać ujednolicac. Lubię egzotykę tę z Kaszub i Włoch, Kujaw i Hiszpanii. Dzięki tym różnicom chce mi się jezdzic, bo wiem ze spotkam zawsze fascynujących ludzi, cudowne albo ochydne żarcie, sklepy ze sprzedawcami z piekła rodem i języki, które nawet przed czasami wiezy Babel były juz pomieszane. Boję się zmian i unifikacji - że już któregoś dnia nie będzie ostatnich dzikich Indian, ze nie będzie juz na swiecie miejsca gdzie nie ma McShita i ze wszelki folklor zostanie wybity, zaorany i przerobiony na plastik. Oczywiście - nie twierdze, ze kręcą mnie brudni Włosi, co chyba jest ich cechą genetyczną i pragnąłbym żeby sie nie zmieniali, ale jeśli pod balkonem Julii spotkam kiedyś grających peruwiańczyków to przysięgam ze zacznę strzelac.
Patrzę na zdjęcia ze śmigusa dyngusa z Podhala i Kaszub. Kto ze wspołczesnych nastolatków, miastowych, wie co to są "boże rany"?, czy dyngus kojarzy im sie juz tylko z policją, wiadrami lodowatej wody i wrzucaniem kogo popadnie do przeplywającego ścieku zwanego rzeczką? Jestem fanatycznym zwolennikiem folkloru, opętańczo przywiązanym do tradycji, która daje nam zycie jak głębokie korzenie drzewu. Dlatego fascynuje mnie starożytna Grecja, podoboje Aleksandra [w koncu moj imiennik...], a za każdym razem jak słysze czy czytam historię polskiego salutu wojskowego łza mi sie w oku kręci. Wieżowobabelowe pomiesznaie języków jest dla mnie błogosławieństwem, z ktorego mozna wysupłac wspólne wątki - naleciałości grecko-lacinsko-turecko-francusko-wegierskie w języku polskim są tak urokliwe, ze co raz wybucham śmiechem, kiedy dopada mnie ich świadomość. Tesknie za polską Polską - za Krakowem, w którym wszystko szeptem powtarza swoje tajemnice, za rynkiem we Wrocławiu i wąską uliczką przy Mariackim w Danzig. Usmiecham sie za każdym razem kiedy mijam na Piazza Spagna sklepik z materiałami, który powstal w XIV wieku i mysle - czy ci ktorzy wyleguja sie na pieknych kanapach czy rozkladają syntetyczne obrusy mają swiadomość, ze wzory na nich uzyte mają po 600 i więcej lat. Kocham egzotykę z wlasnego podworka i zza płotu. I postaram sie ją ocalić od zapomnienia, nawet jesli tylko ja juz mialbym o niej pamietac.
Lepiej żałowac ze się cos zrobiło niz załować ze sie tego nie zrobiło - zgodnie z tą zasadą po raz kolejny pozwoliłem sobie na skok po ukosie. Bo przeciez to tylko przyjemnosc bo przeciez nie bedzie zadnych skutków ubocznych bo teoretycznie nikt pozniej nie da mi po ryju bo kto bedzie wiedział. Ale nie wziąłem pod uwagę jednej rzeczy - ze to tylko ja zacieram za sobą ślady. Niektórzy nie potrafią kasować smsów ani pilnować swojej skrzynki mailowej. I teraz kiedy wszystko wyszło na jaw czuje sie jak zbity pies. Było mi z kimś miło, ale ten ktoś miał syf zamiast mózgu, spotkalismy sie po długim czasie, mnie trzasnęło że jednak coś do niego chyba czuje, i jak juz miało być znowu miło dostaje telefon z numeru mojego "niewinnego grzechu". Rozmowa?
- O super ze dzwonisz, wlasnie o tobie myslalem, wiesz moglibysmy isc do... - Pan sie chyba pomylil, mowi XY, dzwonię do Pana wlasnie w sprawie Z... - to był DAMSKI głos. [i tu nastąpiła strasznie krępująca cisza...] - Halo, jest tam Pan? Chciałam tylko powiedzieć, żeby sie Pan nie wpie_dalal miedzy wódke a zakąske. Prosze sie odczepić od mojego męża. - Przepraszam, ale o co Pani chodzi? My z Z. znamy sie z uczelni... - Oczywiscie. A tego typu maile i smsy pisze Pan do wszystkich kolegów? [znowu cisza, no pierwszy raz zostałem złapany...] - Chyba sie zrozumieliśmy? Prosze wiecej nie dzwonić i nie pisać do Z. Mój mąz nie jest żadnym pedałem! - pik pik pik.. FUCCCCCCCK! i dziwić się że mam taki uraz i traume a propos żonatych... prosze mnie pozmiatac na szufelke
* * *
Dla oddechu czytam. Nie chodzi mi o ksiązki naukowe, bo to zawód i rutyna, czytam Astrid Lindgren. Bracia Lwie Serce rozbijają mnie na atomy. No bajka jest tak przeurokliwa, ze wracałem do niej kiedys przynajmniej raz na rok. Ostatnio gdzies mi sie zagubila i cudem ja odnalazlem w kartonach nierozpakowanych od kilku lat. Nie przecze - zainspirował mnie troche Brajan swoimi Muminkami i homokonotacjami w tworczosci Pani Tove; czytanie Braci Lwie Serce jest jak powrot do czasów spokojnych, czasów ognisk i bajek, kiedy nie bylo sie do konca zdefiniowanym, kiedy rodzice kochali cie bezwarunkowo a tobie chcialo sie smiac tylko z rzeczy zabawnych a nie tragicznych. Nie bylo podziału na dobrych i lepszych, na homo i hetero, na mężów, żony czy nawet sympatie. Najwiekszym grzechem bylo spoznienie sie do domu, albo ubrudzenie nowych spodni w niedzielny poranek. Bylo spokojnie i bezpiecznie. A teraz na wlasne zyczenie czesto szykujemy sobie sajgon, pakujemy sie w związki i związeczki bez kompletnej przyszłości, dla samej przyjemnosci, ktora trwa krocej niz chwile; potem jest niesmak w ustach unikanie wzroku i rozmowy, nie znamy sie kochanie, pamietasz? no co Ty, ja zapomniałem.
Ja pamietam i coraz czesciej zastanawiam sie czy bedhopper to wlasnie to zwierze, w ktorym chcialbym sie odrodzić w nastepnym wcieleniu.
To się wybawilim się! jak to mowi moja kolezanka. Czlowieka nie ma przez 4 dni na sieci, a juz sie mu zwalaja na glowę co najmniej 3 kręgi piekła. No bo:
- kolejne 3 wpisy Brajana do nadrobienia
- umknąl mi a moze po prostu wywalił sie w kosmos blog Hyperiona
- kolejne zaproszenie na ślub
- nazwa "kategoria open" zyskała nową wartość.
Wyjazd na tzw. white party udal sie mocno polowicznie. Hotel nad jeziorem, kilku gosci, ktorych nie spodziewalem sie tam ujrzec [bo niby oficjalnie sa hetero...], prowincjonalne rozrywki i takiez dragi. Ucieklem po pierwszej nocy, bo ilez mozna obgadywac artystów, pilkarzy i polityków...?! Zeby nadrobic czas, szybko wrocilem do domu i wypuscilem sie do Hangaru - knajpa z tradycjami, ze tak powiem, na mapie Miasta. Jest kilka innych klubow - mniej lub bardziej przegietych, ale to Hangar jest najwiekszy, najlepszy i zawsze mozna sie tam zabawic... W kazdym razie - wieczor. Poszlismy z Jerrym i Mario na "wycieczke objazdową" - najpierw OUT, potem Maximmo, a na deser [czyli ile sie da] Hangar. Ręce opadają. Skład jakiś taki nieletni. Nie to zebym nie lubil młodego mięsa, ale to co zobaczylem tam w sobote to powinno raczej odkrywac w wannie uroki masturbacji, a nie szlajac sie o 23.30 po knajpach dla dorosłych! Zaczynam rozumieć Brajana i jego ciągoty do dojrzałych. Natknąłem się "na zapleczu" na takiego jednego - na oko 35 lat, szron na skroniach, miesiste usta, ustaaaaaaaaaa.... no bajka. Potem sie okazało po kolejnym drinku ze znamy sie a jakze, i to z warsztatów fotograficznych. Porażka. Byl moim instruktorem. Kiedy probowal mi wcisnąć swoj numer telefonu, udalem ze chowam go do tylnej kieszeni, bo jakos mi sie przypomnialo, ze ma urocza coreczke, ktora nam czesto pozowala na zajęciach...
Właściwie to bylo dobre kilka rozerwanych dni. Wreszcie wyluzowalem, wyspalem sie nieprzywoicie dlugo [w koncu zajecia na 9.00 to pospac sobie mozna do 8.30...], odetchnalem dusznym zapachem knajp Miasta. Znowu sie potopiłem w hipokryzji narkotykach i rozpuscie. Jak za starych dobrych czasow. Jednak latka juz nie te i jakbym mial tak co weekend toby mnie trzeba miotełką na szufelkie...
Dostalem zaproszenie na ślub. Znowu. Tym razem mam isc jako partner, a nie, na szczescie, ze bede musial sobie szukac "partnerki". Chociaz to by moglo byc zabawne, gdybym poszedl tam z jakims 'kolega" ;-P Ale jeszcze nie wiem czy pojde. Mala - nie gniewaj sie, ale raz ze generalnie jestem przeciwny wszelkim legalizacjiom związków, szczegolnie hetero, ktore wedlug mnie sa szczytem hipokryzji, a dwa termin na tyle odlegly ze nie wiem co bede robic na sylwestra, a co dopiero w sierpniu. Wiec... wybacz, ale sie jeszcze zastanowie. Mocno mocno i nic nie obiecuje.
I znowu wraca motyw pseudohetero - pseudohomo. Ja pie_dole. Nie to ze jestem heterofobem, bo nie - jak sie puka piczki to sie puka i juz, tak jak inni poszukuja 'brown eye"; ale na Dantego - jak mozna robic takie sku_wysyńswo swoim dzieciom? Tatuś dzis dłuzej popracuje; nastepnym razem posklejamy statki, ide do knajpy z kumplami, nie kochanie, nie chodze na dziwki... FUCK! Jako zywo przypomina mi sie zdarzenie sprzed kilku lat. Odkrywalem wtedy co to znaczy darkroom, bylem dziewicą dyskotekową [bo jakos zawsze wolalem koncerty na swiezym powietrzu], i trafila mi sie niezwykla okazja uczestniczyc w dziwnej [tak mi sie wydawalo] imprezie. Total orgien. Bałem sie jak diabli, w sumie nie wiedzialem po co tam poszedlem, cholera, caly czas sie nad tym zastanawiam. Byl tam koles ktory lezal z wypietym tylkiem i darł sie "wez mnie wez mnie!" no i go brali po kolei. Kategoria OPEN. I czasem mysle ze taki pajac co ma zone i dzieci a wieczorkiem wypuszcza sie do Hangaru [jak go kto przydybie to sie jakos wybroni, bo chodza tam tez heterycy...] tez stosuje, wbrew pozorom, kategorie OPEN. Szlag by to trafil.